Leena Krohn: Moja estetyka

Obiecałam lekkomyślnie napisać o podstawach mojej estetyki, nie zastanowiwszy się najpierw, czy w mam w ogóle coś takiego, co można by „estetyką” nazwać. Teraz muszę nad tym głębiej pomyśleć. Oczywiście podstawy mojej estetyki – jak i wszystkich pozostałych estetyk – leżą zupełnie gdzie indziej, poza nią samą. Należy ich szukać w ludzkiej świadomości i języku, ze wszystkimi ich zamgleniami i niejasnościami.

Uważam, że nie żyjemy w rzeczywistości, lecz w metarzeczywistości. Pierwszy wirtualny świat, symulację „Nibylandii”, nosimy w sobie. To utkana przez ludzki mózg świadomość, którą dzielimy ze wszystkimi przedstawicielami naszego gatunku. Dlatego też możemy mówić o „wspólnych snach”, które umieściłam też w tytule jednej ze swoich książek.

Społeczna metarzeczywistość Homo sapiens niewiele ma wspólnego z rzeczywistością obiektywną, którą bada nauka, a jeszcze mniej z rzeczywistością absolutną, o której nie wiemy już nic. Wspólne sny stanowią spoiwo wszystkich elementów społeczeństwa, podstawę religii, prawa, nauki, sztuki i nawet naszej gospodarki rynkowej.

Cywilizacje nie opierają się na podstawach rozumu i myślenia racjonalnego w takim stopniu, w jakim chcielibyśmy wierzyć. W istocie jest właśnie odwrotnie – świat ludzi tworzą osobliwe połączenia i konstrukcje logicznie sprzeczne: przypadkowe zbitki faktów i wyobrażeń, podwójne helisy konkretu i iluzji.

Wykorzystałam kiedyś tę myśl do zobrazowania pojęcia „tribaru”. (Tak fizyk Roger Penrose nazwał niegdyś osobliwy trójkąt, który można narysować, ale nie da się go już przenieść do trójwymiarowej rzeczywistości.) Ta ambiwalencja stanowi dla mnie jedną z najważniejszych refleksji o świecie: nasza rzeczywistość nigdy nie wynika z alternatywy „albo to, albo tamto”, ale na koniunkcji – „i to, i tamto”.

Pieniądz jest doskonałym przykładem takiego niemożliwego trójkąta. W Tribarze (1993) napisałam: „W nowej ekonomii elektronicznej pieniądz stał się bardziej fantasmagoryczny niż kiedykolwiek wcześniej. Kursy walut i notowania giełdowe to nic innego jak stany układów cyfrowych oscylujące pod wpływem wyobrażeń o przyszłości. A przecież – z jakąż konkretną siłą te nierealne zjawy trzęsą naszym życiem”.

Minęło dwadzieścia lat i pieniądz ma jeszcze mniej wspólnego z realną gospodarką. Machina globalnej ekonomii kręci się pod dyktando pieniądza, którego w rzeczywistości – nie ma. Wszystko, co pożyczyliśmy pod zastaw przyszłości, już skonsumowaliśmy. Pojawiły się nawet absurdalne twierdzenia, jakoby wprowadzona na siłę i utrzymywana kosztem ogromnych wyrzeczeń tymczasowa waluta – euro – była „nie do usunięcia”.

W młodości sprawy finansowe i systemy ekonomiczne nie zajmowały mnie w najmniejszym stopniu i nigdy bym nie zgadła, że te obce mi i niepojęte dla mnie zagadnienia będą mieć w przyszłości wpływ na moją pracę. Musiałam jednak wyrosnąć z młodzieńczej ignorancji i w tej dziedzinie. Pisarka nie jest wszak postronnym obserwatorem, gdyż żyje w niewoli tych samych zinstytucjonalizowanych urojeń co reszta obywateli. I ona mieszka w domu Usherów.

Literatura i matematyka wydają się tak skrajnie od siebie odległe, jak gdyby nie były zasadniczo różnymi obliczami kultury, lecz należały do zupełnie obcych sobie kultur. A przecież tak nie jest. Zarówno język, jak i matematyka to wyjątkowe mapy, bez których społeczeństwa nie mogą funkcjonować. Czyż genezą pisma nie jest ta sama potrzeba, która przyświecała twórcom algebry: uładzić jakoś nakreślone na piasku linie i krzyżyki?

W pisarstwie obcujemy również z przyczynowością i strzałką czasu, natomiast w matematyce czas nie istnieje. (Choć o związkach przyczynowych w matematyce można już dyskutować.) Pisarstwo jest zawsze opisaniem jakiejś historii. Nawet kiedy śnimy, widzimy przed oczami taką czy inną historię. Wynika to z wyjątkowości naszego języka i centralnego układu nerwowego.

Jednak język to także oko. Napisałam kiedyś, że mowa jest trzecim okiem człowieka. Wszystko, co postrzegamy po opanowaniu mowy, postrzegamy właśnie przez pryzmat języka. Wszystko, co widzimy, musimy jakoś nazwać, i dlatego widzimy tylko to, co nazwać potrafimy. Obarczeni językiem, nie jesteśmy już w stanie powrócić do tamtego dziewiczego świata postrzegania przedjęzykowego, choć możemy przynajmniej próbować – przez sztukę i poezję.

Najbardziej znaczącą cechą języka jest jego funkcja symboliczna. Autor tekstu zamienia znaczenia na znaki, czytelnik wykonuje tę pracę w odwrotnej kolejności. Nawet jeśli jakieś jakieś sensy istnieją poza nami samymi, nie mamy do nich dostępu. Znaczenia, jakie przypisujemy słowom, są dziełem naszych własnych rąk. Językowe wytwórstwo to swoista alchemia. Wszystko, co określamy pojęciem „racjonalności”, wymaga od nas wyobraźni; gdybyśmy jej nie mieli, nie moglibyśmy nawet mówić o moralności i sumieniu.

Również literatura jest wirtualnym kosmosem istniejącym wewnątrz większego kosmosu naszej świadomości. To jeden ze sposobów, w jaki ludzie wzajemnie na siebie oddziałują (nawet zza grobu), jednak z samej rzeczy rzeczy literatura to zbiór listów do nieznajomego czytelnika (belles lettres), które pozostają bez odpowiedzi. Nie doczekała się ich nigdy także autorka listów z Tainaronu.

Rozpoczęłam moje pisarstwo książką dla dzieci, choć w młodości bynajmniej nie miałam takich zamierzeń. Pisanie dla dzieci i dorastającej młodzieży to trudny gatunek literacki; to też czyni go z pewnością jednym z najbardziej pasjonujących. Opowieść dla dzieci musi być „krótka, zrozumiała, bogata”, jak opisywał muzę nowego stulecia Hans Christian Andersen.

W liceum przeżyłam swoiste olśnienie, nie było ono jednak przyjemne; rzadko zresztą olśnienia takie bywają. Oto uświadomiłam sobie nagle, że człowiek swoim postępowaniem gubi nie tylko zwierzęta, ale i samego siebie. Na treść tego uświadomienia wpłynęły zarówno docierające do Finlandii z całego świata alarmujące informacje, jak i pisarstwo takich autorów jak Pentti Linkola i Rachel Carson. Uzmysłowiłam sobie, że cywilizacja człowieka trwa w bolesnym konflikcie ze środowiskiem naturalnym. O tym bolesnym rozziewie starałam się opowiedzieć w swojej baśniowej opowieści pod tytułem Pelikan.

Zdanie, które w nieco zmienionej formie wykorzystałam w tej książce, chodziło za mną od lat młodości: „Pod brukiem jest plaża”. Słowa te nabazgrano na ścianie pewnej paryskiej kamienicy w szalonym dla całej Europy roku 1968. Kto to zrobił – tego nie wiemy. W tym roku osiągnęłam wiek dorosły. To lakoniczne zdanie wiele mówi o warunkach, w jakich żyje ludzkość, ale także o tym, jak bardzo są one nietrwałe. To, o czym zapominamy i czego już nie widzimy, bezustannie podtrzymuje naszą cywilizację i w ogóle nasze życie na tej planecie.

Cywilizacje rodzą się i umierają, pod nimi jest to, co pierwotne, nietknięte ręką ludzką, niewytworzone. Nawet kamienie brukowe są z tego samego, pierwotnego materiału, człowiek go tylko obrabia. A przecież to, co pierwotne, nie jest niezmienne.

Piasek się rusza, jest labilny. Budujemy na piasku, a pod nim jest nasza zmieniająca się planeta. Dlaczego nazywamy ją „stałym lądem”? Ogromne płyty pływające swobodnie po płaszczu ziemskim… Nasze miasta ze swymi drapaczami chmur, sushi barami, katedrami, supermarketami są równie tymczasowe co ptasie gniazda.

Moja pierwsza książka dla dorosłych, zbiór krótkich tekstów o suchawym tytule Opowiadania, zawiera szablony, do których musiałam wracać później wielokrotnie. Od dzieciństwa fascynował mnie świat zwierząt, które są człowiekowi najbardziej obce, na równi niemal ze światem obcych, a mianowicie: świat owadów. Pierwsze opowiadanie zbioru, Ranatra, kreśli obraz fauny kałuży oczami małego dziecka.

„Każde serce ma swój pejzaż – tu morze, tam kwitnąca łąka, tu pokój dziecięcy w domu rodzinnym – i nie inaczej jest z sercem Jannego: jego pejzaż wypełnia spokojna kałuża, w której żyje Ranatra”.

Ostatnie opowiadanie tego zbioru, Czyste sumienie, mówi o młodym człowieku, Joelu Jäävim, który nie mógł już jeść. Nie cierpiał jednak na anoreksję, jak mała bohaterka opowiadania Dziewczynka, która rosła. Ona nie chciała jeść, bo nie chciała urosnąć. Świat dorosłych ją przerażał i nic w tym dziwnego. Natomiast Joel Jäävi przestał jeść wyłącznie z powodu wrażliwości sumienia – gdy przeczytał artykuł o uczuciach i cierpieniach roślin.

We wczesnej młodości do zagadnień etycznych miałam stosunek obojętny, taki sam jak do ekonomii. Dziś obstaję twardo przy stanowisku, że żadne dzieło sztuki nie może być ani wybitne, ani trwałe, jeśli propaguje nienawiść, zło i przemoc. Ujmę to inaczej: nie ma dla mnie filozofii sztuki bez filozofii moralności.

Co znaczy sumienie i czy istnieje coś takiego jak uniwersalna moralność? Czy człowiek może odróżnić dobro od zła? W jaki sposób? Dotykałam tych pytań zarówno w swoich esejach, jak i wielu książkach: w Umbrze, Istotach matematycznych, Widoku na niebo.

Tytułowy bohater powieści Umbra jest lekarzem i zajmuje się ofiarami gwałtów w Azylu Wyczerpanych; poza tym pracuje w Instytucie Interakcji Negatywnych, gdzie musi „leczyć” samych gwałcicieli. Umbra prowadzi również kartotekę paradoksów. „Minotaur, który mieszkał w sercu labiryntu, był paradoksem, nierozwiązywalną sprzecznością”. Jednak najtrudniejszym paradoksem Umbry okazała się nieskończoność. „Była niczym słyszalny w stetoskopie niepokojący szmer w samym sercu życia. Problem, do którego rozwiązania nie zbliżył się nawet o krok”.

Podzielam zdanie Umbry: Nasze życie opiera się na paradoksie, którego umysł ludzki nie zdoła nigdy rozwiązać. Lub też – nie będzie mu to nigdy dane.

Kiedy zaczęłam czytać o sztucznej inteligencji i sztucznym życiu, zdałam sobie sprawę, że technologia zmieni z czasem definicję życia, że przyjdzie nam na nowo nakreślić granice ewolucji biologicznej i syntetycznej. Zrozumiałam też, że we wszystkich systemach rządzą te same prawa złożoności.

Inteligencję rozproszoną (ang. swarm intelligence, „inteligencja roju”) można badać nie tylko w świecie owadów, lecz także istot matematycznych a nawet – w świecie ludzi. Jesteśmy istotami stadnymi i należymy wszyscy do większych i mniejszych „rojów”, jednak każdy z nich jest częścią roju nadrzędnego – rodzaju ludzkiego. Co się z nami stanie, jak się zmienimy, gdy ewolucja syntetyczna będzie postępować, a ewolucja etyczna mawet się jeszcze nie zacznie? A jeśli sytuacja tylko się pogorszy? Jeśli dalej będzie upadała moralność, jeśli staniemy się jeszcze bardziej nieludzcy?

Długo przerażała mnie straszliwa myśl, która prześladowała pana Tortshinera, bohatera jednej z powieści Isaaca Bashevisa Singera: ostatni człowiek na Ziemi będzie szaleńcem i zbrodniarzem w jednej osobie. Dziś Europejczyk ująłby to inaczej: Nie wiadomo, czy ostatni człowiek nie będzie zarówno szaleńcem, jak i terrorystą.

Swoistymi produktami ewolucji syntetycznej są syn Chimery i artilekt Arthur B4, o których piszę w Pereat mundus. Nie jestem do końca przekonana – jak Maurice Blanchot – że piszemy zawsze o katastrofach, o nieszczęściach, a przecież Pereat mundus jest powieścią o ostatniej katastrofie i o niezliczonych sposobach, na jaki nasz świat może się skończyć.

Nowymi gatunkami ewolucji syntetycznej są także zakonnice z Hotelu Sapiens, w połowie już tylko biologiczne, oraz Przywróceni, wyczarowani z przeszłości giganci. Hotel Sapiens lokuje się w okresie po dwóch osobliwościach technologicznych, kiedy komputery (czy raczej sieć informatyczna) przegoniły już nas zarówno w rozwoju intelektualnym, jak i moralnym. Hotel Sapiens to tylko jeden z wielu możliwych ostatnich przybytków ludzkości, w których przyjdzie mu kiedyś zamieszkać.

W Tainaronie świat owadów żyje we własnym mieście i własnym czasie, do któregio trafia przypadkiem narratorka i gdzie przyjdzie jej w końcu przezimować w kokonie – na podobieństwo tainaronian. Na motto tej książki wybrałam słowa z psalmu Anioła Ślązaka: „Nie tyś w przestrzeni, ale przestrzeń w tobie”. To jedno z tych zdań, które całkowicie odmieniły mój światopogląd. Oznacza ono to samo, o czym wspomniałam już wcześniej: nosimy w sobie uwewnętrznioną rzeczywistość.

Jak wiadomo, estetyka to nie tylko filozofia sztuki, lecz także badanie piękna. Piękno dla mnie to jedna z najbardziej zagadkowych właściwości uniwersum. Mimo że obserwator znika, piękno pozostaje – a zatem nie istnieje ono wyłącznie w jego oczach.

W mojej krótkiej powieści Pomyłka pojawia się opowiadanie, w którym stary fotograf Viktor mówi: „Uwierz mi, kochana Beedo, że piękna nie wymyślili niemieccy estetycy. Piękno, moja Beedo, to pierwsza zasada natury. To matematyka w najczystszej postaci. To prawda, która przenika wszystko, co jest. Dlatego każdego człowieka pod słońcem trawi pragnienie piękna. Piękno to najtrwalsza cecha wszechświata, powtarza się w atomach i galaktykach, w liczbach i stosunkach oraz w sposobie, w jaki rośnie drzewo”.

Nie ma jeszcze komentarzy.

Skomentuj

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress