Petri Tamminen: Milczenie Finów

Nie wiem, czy znacie w Polsce takie urządzenie jak „lampa antydepresyjna”? Wielkości teczki. Emituje stałe, jasne światło, które łagodzi przygnębienie wywołane zimowym mrokiem. Sam mam taką lampę. I używam jej.

Najzabawniejsze drobne ogłoszenie, jakie widziałem w gazecie, miało taką treść: „Lampę antydepresyjną Philips Brightlight zamienię na sprawną strzelbę”. Brzmi makabrycznie, ale zawsze mnie śmieszy. Osłabia trochę niepokój, który wzbudza w nas mrok.

Cudzoziemcy mieszkający w Finlandii często stwierdzają ze zdziwieniem, że w naszym kraju żyją dwa zupełnie różne narody: weseli, ekstrawertyczni Finowie letni i ponurzy, introwertyczni Finowie zimowi. Przemiana powtarza się co roku – najpierw jest odurzenie białymi nocami, a potem zamknięcie się w sobie i ponuractwo. Pozytywne nastawienie do życia w fińskim klimacie nigdy nie miało racji bytu; przydać się mogła jedynie sztuka kornego uginania karku, umiejętność dostosowania się.

Każdy pisarz szuka bezustannie swoich tematów – tego, o czym warto pisać. Niektórzy wielcy mówią o nich wprost – jak Hemingway, który powiedział, że są tylko dwie rzeczy godne powieści: śmierć i miłość. Zauważyłem, że sam szukam raczej tego, co jednocześnie bawi i wzrusza. Z tej racji opisuję najczęściej mężczyzn, gdyż w swoich poczynaniach są właśnie tacy – wzruszający i komiczni zarazem. O kobietach zacznę pisać, gdy już zrozumiem nas.

W Finlandii monopol na empatię mają kobiety w średnim wieku, a na przekorę – mężczyźni. Fin to tykając bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć. Naładowano ją ambicją, jednak mężczyźni nie potrafią już jej zrealizować: nie wiedzą, gdzie jeszcze mogliby sprawdzić swoją męskość. Nie udaje im się to w domu, nie udaje w salonie – mężczyzna nie ma już nawet własnego pokoju. Dzieci nie chcą się więcej bawić w tatę, bo przecież on nic nie robi. Łatwiej już bawić się w psa.

Ale i wyjście z domu niewiele pomaga. Mężczyzna szuka więc jakiegoś celu po klubach bilardowych, hipodromach i warsztatach pasjonatów motoryzacji, lecz nie odnajduje go już nawet w tych ostatnich bastionach męskości. Skończyło się zapotrzebowanie na czyny bohaterskie, nie ma już zdobyczy, którą mężczyzna mógłby się pochwalić w domu.

Gdy człowiek bardzo się stara, ale mu nie wychodzi, rodzi się komizm. A gdy mimo niepowodzeń nie przestaje się starać i traci siły, sytuacja staje się tragikomiczna. Mężczyzna w średnim wieku jest tragikomiczny: przypomina humorystę, który stracił poczucie humoru. Wydaje mu się, że jest wesoły i beztroski, tylko że nikt inny poza nim tych cech w nim nie dostrzega. Otoczenie widzi tylko jego nadętą minę. Mężczyzna w średnim wieku samotnie walczy ze światem i z tym, co go gryzie. Na bibliotecznych półkach zawsze jest miejsce, bo część książek jest wypożyczona – a w szpitalach ciągle są wolne łóżka, bo mężczyźni nie chodzą do lekarza. Ukrywają wszystko w sobie.

I siedzi to w nas tak głęboko, że nawet tego nie spostrzegamy, nie pamiętamy o tym. To dla nas rzecz normalna. To zupełnie normalne, że w słowach jednej z naszych piosenek ludowych zamykamy się w swoich samotniach i stwierdzamy, że tylko ponury las może zrozumieć nasz smutek. I to jest zupełnie normalne, że w naszej kolędzie śpiewamy, że życie – nie dość, że krótkie – to jeszcze jest ponure i żmudne.

Ciekawi mnie, jak bardzo się to odbija w naszej sztuce. Czy to nie właśnie melancholia i poczucie wstydu odepchnęły nas od ludzi, nauczyły pisać raczej o przyrodzie. Nauczyły tak mało mówić. Myślę teraz na przykład o Akim Kaurismäkim, twórcy fińskiego raju: świata, w którym nie trzeba za dużo mówić, nie trzeba wystawiać się na pośmiewisko, a gdzie mimo tego wszyscy się rozumieją. W architekturze tę fińską małomówność wspaniale wcielał w życie Alvar Aalto, który powiedział, że wszystko, co zbędne, z biegiem czasu staje się szpetne.

Pochodzę z okolic Turku – w tej części Finlandii ludzie mocno skracają i słowa, i myśli. Pamiętam z dzieciństwa święta rodzinne – mężczyźni gromadzili się na podwórzu przy samochodzie i odzywali się z rzadka, prostymi zdaniami. Kobiety siedziały w domu i mówiły dużo, lecz nie słuchały – zwłaszcza zbyt długich wypowiedzi. W obu grupach należało mówić krótko i zwięźle. Nawet matka przestawała mnie słuchać, gdy tylko zaczynałem się za bardzo nad czymś rozwodzić.

Dlatego też w swoich książkach od razu przechodzę do rzeczy. Wyobrażam sobie czytelnika jako nadzwyczajnego lenia: to taki człowiek, który nie ma ochoty przemęczać się czytaniem. I powtarzam sobie w myślach wspaniałą radę Hemingwaya: zapisuj tylko zdania prawdziwe.

Rada Czechowa wydaje się z pozoru równie łatwa: kiedy rzeźbisz konia w drewnie, musisz po prostu usunąć to wszystko, co koniem nie jest.

Mam swoiste hobby: gdy siedzę na przykład w pociągu, a nie mam już co jeść i wszystko mnie nudzi, wyciągam gazetę, chwytam długopis i wykreślam z artykułów zbędne słowa. Nigdy ich nie brakuje.

Nastała era wertowania i jeśli pisarz chce zafrapować czymś czytelnika, musi to zrobić od razu. Przyjąłem więc zasadę ograniczonego zaufania: wierzę w pojętność czytelnika, ale nie w jego cierpliwość.

Ale cóż – dobre rady i wskazówki to tylko ideały – w ostatecznym rozrachunku pisarz w swojej pracy staje twarzą w twarz z tą najgłębszą prawdą, którą pięknie wyraził jeden z naszych byłych prezydentów, Mauno Koivisto: trzeba mieć coś do powiedzenia i umieć to powiedzieć.

Czasem niezwykle trudno jest ten wymóg spełnić. Niekiedy wątpię, czy to w ogóle możliwe, a wtedy moja żona mówi, że nie życzy nikomu zawodu pisarza, bo to jest jak choroba. Chyba że człowiek nie potrafi naprawdę niczego innego robić, to wtedy niechaj już będzie tym pisarzem. Ale nie warto.

Nie ma jeszcze komentarzy.

Skomentuj

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress