Johanna Sinisalo: „Finnish weird” – to brzmi dumnie

Mam problem.

Nie tylko ja zresztą – ten sam problem mają też moi agenci, wydawcy, księgarze i bibliotekarze: nikt tak naprawdę nie wie, do której literackiej szufladki przyporządkować moją twórczość. Niemal we wszystkich moich opowieściach występuje jakiś element magiczny, mistyczny czy w inny jeszcze sposób kłócący się z naszym powszednim doświadczeniem; niekiedy moje historie dzieją się w przyszłości.

„To może jednak fantasy?” – pyta ktoś. – „Albo fantastyka naukowa?”

Wyrobiony czytelnik wie, że zarówno „fantasy”, jak i „fantastyka naukowa” to bardzo pojemne szuflady, w których można znaleźć najrozmaitsze teksty. Mimo to nie chciałabym, żeby moje książki mierzyć żadną z tych dwóch miarek. Dlaczego?

Dlatego, że tak zwana „szeroka publiczność” nie ma tak szerokiego oglądu, a spora część osób, które w ogóle nie czytają wymienionych gatunków, ma o nich zdumiewająco wąskie pojęcie. Słowo „fantasy” kojarzy im się nieodmiennie z quasi-średniowiecznym światem zaludnionym przez wróżki, nimfy, karłów i smoki oraz wojowników walczących magicznymi mieczami z siłami ciemności. Powieści „science-fiction” znów większość chce widzieć w przestrzeni kosmicznej albo na odległej planecie, gdzie muszą być niepojęte dla nas technologie, pistolety laserowe i zielone ośmiornice. To właśnie przez takie sztampowe skojarzenia wielu czytelników nigdy nie sięga ani po „fantasy”, ani po „fantastykę naukową”, choć powód niechęci jest równie dobrze umotywowany jak wypowiedź pewnego czytelnika, że nie czyta kryminałów, bo ma dość angielskich starych panien rozwiązujących zagadki kryminalne przy herbatce.

Jeśli moje dzieła zostaną zaklasyfikowane jako fantasy albo fantastyka naukowa, w zasadzie wszyscy na tym stracimy. Określona grupa czytelników będzie je omijać w przekonaniu, że piszę o czapkach-niewidkach i gwiazdach neutronowych, choć w rzeczywistości nawet bardzo mogłoby się im spodobać to, co naprawdę piszę. I z drugiej strony – jeżeli po moją książkę sięgnie miłośnik posttolkienowskiej fantasy czy amator twardej fantastyki naukowej, on również nie znajdzie w niej tego, czego się po niej spodziewał.

Ja piszę historie – tak, po prostu! – a nie książki takiego czy innego gatunku literackiego: nie jest on celem pisarza, lecz jego narzędziem.

Jak wszyscy twórcy literatury, staram się za pośrednictwem fikcji ukazać i poddać krytycznej analizie określoną problematykę – często społeczną. Gdy wykorzystuję w swojej historii elementy nierzeczywiste, dzieje się tak dlatego, że pomaga mi to w tworzeniu podtekstu i świeżej perspektywy. Można to porównać do oświetlenia przedmiotu w fotografii: jeśli realizm ukazuje popiersie en face, to ja przesuwam reflektor mocno w bok. Przedmiot się nie zmienił, wygląda jednak inaczej: padające pod innym kątem światło wydobyło z niego nowe szczegóły, a te dobrze znane – pozostały w cieniu.

Podam przykład. Gdy pisarz chce opisać problem poczucia wyobcowania i inności, może oczywiście odwołać się w swoim opisie do naszego powszedniego doświadczenia. Jeśli jednak sprawą zajmie się twórca preferujący boczne oświetlenie przedmiotu swoich dociekań – ktoś taki jak Franz Kafka – to powstanie historia mężczyzny, który zmienia się w ogromnego karalucha. I opowieść o społecznym wyobcowaniu, o niemożności przystosowania się, o braku akceptacji i poczucia własnej wartości stanie się nagle wstrząsająca i przerażająca w zupełnie innym wymiarze. I nic dziwnego: uczucie towarzyszące poddaniu miażdżącej krytyce zostaje ukazane ze skrajnej perspektywy. Bo któż potrafiłby pokochać gigantycznego owada?

Historię Kafki trudno przecisnąć przez gęste gatunkowe sito: fantasy, surrealizm czy może nawet opowiadanie grozy? To bez znaczenia; opowieść jest przede wszystkim dziwaczna.

Dziwaczny – weird – to całkiem dobre określenie dla tych wszystkich „bocznych” odmian gatunków literackich, dla ich hybryd i tworów, dla których nie zaproponowano jeszcze żadnej nazwy.

Z jakiegoś powodu wyrosła nam w Finlandii bardzo aktywna grupa autorów wysokiej jakości literatury „weirdowej”. To odważni, bezkompromisowi twórcy, którzy piszą poruszające, wiarygodne i zapadające głęboko w pamięć historie, których nie można jednoznacznie przypisać do żadnego gatunku literackiego. Łączy ich właśnie świadome zacieranie granic gatunkowych, ich swobodne łączenie oraz żywiołowe wykorzystanie wyobraźni. W ich utworach mąż osiedla się w udzie żony, Europejczykom przestają się śnić sny, a wieloryby rodzą szamanów. Dla nich (czy może powinnam raczej napisać: dla nas) określenie „literackie dziwadło” brzmi naprawdę dumnie. Kierunek jest tak wyraźny, że aż kusi, by nadać mu własną nazwę: „Finnish weird” – „fińska osobliwość”.

Siłą rzeczy narzuca się analogia – pisarstwo wywodzące się z niewielkiego obszaru geograficznego może się czasem stać rozpoznawalną marką, jak to się stało ze skandynawską literaturą kryminalną. Jej początek dało kilka literackich gwiazd (w kierunku „Finnish weird” byłaby to z pewnością Leena Krohn), które pokazały klasę i znalazły dla siebie niszę w rynku; reszty dokonały żywiołowe inicjatywy oddolne: sukces pionierów zaczął stymulować pisarzy do próbowania nowych dróg, a popyt zaczął napędzać podaż. I mamy gotową samonapędzającą się spiralę.

„Finnish weird” może być kolejnym skandynawskim fenomenem literackim, kolejnym pojęciem i produktem eksportowym. Nie mam absolutnie nic przeciwko, by zaliczono mnie do grona twórców z kategorii „Finnish weird” – nazwa nie rodzi u czytelnika żadnych oczekiwań, nie wywołuje skostniałych skojarzeń, lecz obiecuje po prostu, że w książce, którą zaraz otworzy, wszystko może się zdarzyć.

Nie ma jeszcze komentarzy.

Skomentuj

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress